Genewska pułapka. Jak rząd po cichu funduje Polakom "międzynarodowe standardy" aborcji i gender

Dodano:
Premier Donald Tusk Źródło: PAP / Radek Pietruszka
Olivier Bault | Z dala od kamer i polskich mediów, w genewskiej siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ, negocjowana jest właśnie rezolucja w sprawie małżeństw dzieci.

Na pierwszy rzut oka trudno o szlachetniejszy cel: nikt przecież – ani w Polsce, ani gdziekolwiek indziej – nie zamierza bronić wydawania nieletnich dziewczynek za mąż.

I właśnie dlatego warto się tej rezolucji przyjrzeć z bliska. Jak alarmuje w komentarzu opublikowanym przez Instytut Ordo Iuris Antonio Mellado, dyrektor ds. rzecznictwa genewskiego biura organizacji Global Center for Human Rights, Polska nie tylko popiera ten dokument – Polska jest jednym z jego głównych współautorów. A tekst sięga daleko poza walkę z małżeństwami przymusowymi: przemycono w nim kontrowersyjny język dotyczący aborcji, edukacji seksualnej i polityki rodzinnej, na który większość Polaków nigdy nie wyraziła zgody i o którym rząd Donalda Tuska wolałby zapewne, żebyśmy się nie dowiedzieli.

Cały mechanizm opiera się na pozornie niewinnych sformułowaniach, które w żargonie ONZ mają ściśle określone, ideologiczne znaczenie. Pierwsze z nich to „prawa i zdrowie seksualne oraz reprodukcyjne”. Brzmi jak zwykła opieka zdrowotna, ale wewnątrz systemu ONZ jest to standardowy kod służący do forsowania szerszego dostępu do aborcji, antykoncepcji dla nieletnich i uchylania krajowych przepisów chroniących życie. Drugie to „kompleksowa edukacja seksualna” – w wydaniu agend ONZ obejmująca nauczanie o tożsamości płciowej, orientacji seksualnej czy aborcji, przedstawiane jako „prawo” dziecka niezależnie od woli rodziców. Opracowane przez UNESCO międzynarodowe wytyczne w tej dziedzinie zalecają, by już dziewięciolatki uczyły się, że ich „tożsamość płciowa” może nie odpowiadać płci biologicznej – często bez jakiegokolwiek wymogu powiadamiania rodziców, których prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami gwarantuje przecież art. 53 ust. 3 Konstytucji RP. Trzecie pojęcie to „autonomia cielesna”, rutynowo wykorzystywana jako furtka do aborcji na życzenie. Do tego dochodzą drobiazgi w rodzaju słowa „wszystkie” w wyrażeniu „wszystkie kobiety i dziewczęta”, często rozciągającego w żargonie ideologów gender tę kategorię poza rzeczywistość biologiczną, czy nieostre pojęcie „przemocy ze względu na płeć” z wykorzystaniem słowa „gender” zamiast „sex” w angielskiej, roboczej wersji językowej rezolucji („gender-based violence”), zakorzenione w ideologii gender. Wystarczy powiedzieć, że w polskiej wersji osławionej Konwencji Stambulskiej słowo „gender” z angielskiej wersji konwencji występuje jako „płeć społeczno-kulturowa” w jej polskiej wersji.

Jak to działa?

Ktoś powie: przecież rezolucje ONZ nie są prawnie wiążące, więc po co ten alarm? Otóż dyplomaci doskonale wiedzą, że to nieprawda – a w każdym razie prawda bardzo niepełna. Jak wyjaśnia w analizie amerykańskiego Center for Family and Human Rights (C-Fam) prawnik Stefano Gennarini, powtarzane w kolejnych rezolucjach sformułowania mogą z czasem przekształcić się w wiążące normy prawa międzynarodowego – równie obowiązujące jak traktaty. Nieprzypadkowo dyplomacja amerykańska przy każdej kontrowersyjnej rezolucji rytualnie zastrzega, że dokument „nie zmienia obecnego stanu prawa międzynarodowego”. Państwa zachodnie promujące aborcję czy postulaty ruchu LGBT stosują tę strategię z pełną premedytacją: gdy raz uda się wpisać do rezolucji „zdrowie seksualne i reprodukcyjne”, twierdzą później, że żadne państwo nie może już tego języka kwestionować, a agendy ONZ wdrażają go w swoich programach jako obejmujący aborcję. Jedyną obroną jest konsekwentny, głośny sprzeciw – reguła „trwałego oponenta” („persistent objector”). Milczenie zaś, jak podkreśla Gennarini, jest traktowane jako zgoda na tworzenie nowych norm.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, które ta sama analiza C-Fam bezlitośnie obnaża: zachodni dyplomaci w kuluarowych targach sami rozpowszechniają mit o „niewiążących” rezolucjach, dzięki czemu przemycają do nich zapisy, które w ich własnych krajach byłyby politycznie nie do zaakceptowania lub budzą silny opór – jak to ma miejsce właśnie od dwóch i pół roku w Polsce. To ulubiona metoda rządów, które chcą u siebie przeforsować coś, na co nie mają przyzwolenia społecznego u siebie. Zamiast uczciwie przekonywać wyborców, promują aborcję czy ideologię gender w ONZ lub w instytucjach unijnych, by po kilku latach rozłożyć ręce i tłumaczyć: to nie nasza decyzja, to „międzynarodowe standardy”, „zalecenia ONZ”, „zobowiązania w zakresie praw człowieka”. Tyle że – jak trafnie zauważa Mellado – jeśli polscy dyplomaci sami pomogli napisać te słowa, Polska nie może potem udawać, że presja spadła z nieba. Współtworzenie rezolucji to nie formalność: główni autorzy inicjują projekt, negocjują jego treść i przedkładają go pod obrady, a ich podpis jest aktem politycznym o realnych, długofalowych skutkach prawnych. Odpowiedzialność zaczyna się w chwili, gdy współtworzą lub podpisują się pod taką rezolucją, a nie po latach, gdy przychodzi rachunek i gdy może być w kraju już inna większość parlamentarna i inny rząd.

Grzechy PiS-u

Uczciwie trzeba przyznać, że grzechy polskiej dyplomacji w ONZ nie zaczęły się wraz z rządem Donalda Tuska. We wrześniu 2022 r., a więc za rządów Zjednoczonej Prawicy, Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję o pomocy ofiarom przemocy seksualnej, która potraktowała aborcję jako prawo człowieka – przy współudziale Polski. Dokument wzywał państwa do promowania „praw seksualnych i reprodukcyjnych” oraz „bezpiecznej aborcji”. Nigeria, wspierana przez ponad trzydzieści delegacji, zgłosiła poprawki usuwające ten język – Polska ich nie poparła, dostosowując się do stanowiska wygłoszonego w imieniu całej Unii Europejskiej przez ambasadora Czech. Sprawa wywołała wtedy znamienną wymianę zdań na Twitterze. Krzysztof Szczerski – wówczas stały przedstawiciel RP przy ONZ w Nowym Jorku, wcześniej wieloletni szef gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy – zapewniał 6 września 2022 r. na Twitterze, że polska placówka, zgodnie z instrukcjami MSZ, „NIE POPARŁA” tekstu rezolucji, sam tekst zaś nie ustanawia nowego prawa człowieka, a w kwestii aborcji odsyła do regulacji krajowych.

Dzień później odpowiedział mu prezes Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, punktując dyplomatyczną ekwilibrystykę: Polska widniała wśród projektodawców rezolucji, w jej imieniu i bez jej sprzeciwu dokument poparł przedstawiciel UE, a niewzięcie udziału w głosowaniu nad poprawkami Nigerii oznaczało po prostu brak zdania odmiennego – podczas gdy aborcja i „pigułki po” („emergency contraception”) zostały w tekście wymienione w kategorii praw człowieka. „Polska próbowała lawirować” – podsumował Kwaśniewski, dodając, że nie tak powinien bronić życia naród dumny ze swego konstytucyjnego porządku. Szerzej komentował całą sprawę w rozmowie z portalem Tysol.pl. Warto też przypomnieć, że kilka dni przed tamtym głosowaniem Instytut Ordo Iuris wystosował list do Prezydenta RP i stałego przedstawiciela przy ONZ, domagając się sprzeciwu wobec rezolucji – bezskutecznie. Już wtedy polska dyplomacja wolała działać po cichu, licząc, że wyborcy niczego nie zauważą.

Rząd Donalda Tuska grzeszy jeszcze bardziej

Jest jednak zasadnicza różnica między tamtym „lawirowaniem” a tym, co dzieje się dziś. Rząd Zjednoczonej Prawicy przynajmniej czuł się zobowiązany tłumaczyć przed opinią publiczną i unikał otwartego firmowania aborcyjnego języka. Rząd Donalda Tuska idzie o krok dalej: Polska nie jest już biernym uczestnikiem, który „nie oddaje głosu” – jest współautorem tekstu, który pod przykrywką ochrony dzieci razem z innymi wprowadza do międzynarodowym obiegu prawnego aborcję, wszechstronną edukację seksualną i słownictwo gender. W ten sposób, w obliczu oporu społecznego przed trwającym bezprawnym forsowaniem w Polsce aborcji na życzenie czy obowiązkowej edukacji seksualnej według wytycznych UNESCO i WHO, usłyszymy za jakiś czas z ust rządowych polityków dobrze znaną śpiewkę: takie są międzynarodowe standardy, takie są zobowiązania Polski, nic nie możemy zrobić. Tyle że te „standardy” rząd będzie egzekwował na podstawie dokumentu, który sam pomógł napisać – po cichu, w Genewie, bez jednej debaty w Sejmie, bez jednego pytania do obywateli.

Polska może i powinna walczyć z małżeństwami przymusowymi – popierając czystą, mocną rezolucję, potępiającą przymus i chroniącą ofiary, bez ideologicznej kontrabandy. Ochrona dzieci nigdy nie może stać się koniem trojańskim dla aborcji i gender. Jeśli dziś przemilczymy genewską pułapkę, jutro Polacy obudzą się w kraju, w którym najważniejsze spory rozstrzygnięto za nich – w zaciszu sal konferencyjnych nad Jeziorem Genewskim.

Autor pracuje w Instytucie Ordo Iuris

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...